Karta historii (10): grunt to rodzinka


Jak wszystkim powszechnie wiadomo – ciocia, wujek to w miarę bliska rodzina. Taką rodziną dla Rozwoju jest kopalnia Wujek. Wielu pracowników kopalni było działaczami, trenerami, zawodnikami Rozwoju. I odwrotnie. Wielu zawodników, stawiających swe pierwsze piłkarskie kroki na naszych boiskach, po ukończeniu szkół i uczelni znajdowało zatrudnienie na kopalni. Ta swoista symbioza trwa już bardzo wiele lat z korzyścią dla obu stron!

Ja również swoje 25 lat spędzonych na Wujku wspominam bardzo miło. Pracowałem w oddziale łączności (ówczesna nazwa – Słabe Prądy) w otoczeniu sympatycznych koleżanek i kolegów. Dane mi było mieć mądrego szefa – Tadka Chudego, z którym utrzymywaliśmy przyjacielskie kontakty. Poznałem osobiście wszystkich dyrektorów kopalni pełniących tę funkcję w latach 1975 – 2000. I choć działali w różnych okresach społeczno-politycznych, to każdy z nich w mojej ocenie był człowiekiem dużego formatu. Najcieplej wspominam Mariana Filipka. Dyrektora, przed którym drżał cały dozór i reszta załogi. Dyrektora, który urządzał słynne „Filipiady”, ale też dyrektora potrafiącego w ówczesnych trudnych warunkach utrzymać kopalnię w dobrej kondycji. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że znakomicie orientował się w tematyce sportowej ze szczególnym uwzględnieniem sytuacji naszego klubu, a ponadto mnie osobiście darzył sympatią i życzliwością. Również śp. Edwarda Górę wspominam bardzo ciepło. Jego syn, Przemek z powodzeniem grał w naszych drużynach młodzieżowych i choć zapowiadał się na zawodnika dobrej klasy, to jednak poświęcił się nauce i karierze zawodowej. Jest to dla mnie jak najbardziej zrozumiałe.

Ponieważ grono moich przyjaciół, kolegów, znajomych na kopalni było bardzo liczne nie będę wymieniał nazwisk, by pominięcie kogoś nie uczyniło mu przykrości. Marzy mi się, by ta współpraca kopalni z klubem trwała w dalszym ciągu. By pracownicy Wujka swoją wiedzą i zaangażowaniem w miarę swoich możliwości pomagali klubowi. I odwrotnie – by nasi zawodnicy, wychowani w „Rozwoju”, po zdobyciu wykształcenia znajdowali zatrudnienie w kopalni budując tam swoje kariery zawodowe nie zapominając jednocześnie o swoich korzeniach.

W drugiej połowie lat siedemdziesiątych ub. wieku, a także później Rozwój był klubem środowiskowym zrzeszającym przede wszystkim ludzi z południowych dzielnic Katowic. Duża ich liczba, jak już wyżej wspomniałem, była związana zawodowo z kopalnią „Wujek”. I choć następował tzw. dopływ „świeżej krwi” do pierwszej drużyny seniorów (sam należałem do tej grupy – przyszedłem z Tychów), to były to z reguły transfery przemyślane i trafione. Było wtedy rzeczą oczywistą, że jeżeli ojciec grał w Rozwoju, to jego synowie nie mogą grać gdzie indziej! Bywały całe rodziny (o tym kiedyś) związane z klubem. Również rzeczą naturalną było, że po ukończeniu wieku juniora najzdolniejsi nasi wychowankowie kontynuowali swoją przygodę ze sportem w naszej I drużynie.

To, co mnie odrobinę niepokoi, to stan, że od kilku lat ta tendencja uległa odwróceniu. Biorąc pod uwagę fakt, że już od dawna nasza praca z młodzieżą wygląda na tle innych klubów zupełnie przyzwoicie, to jej następstwem nie był, niestety, powszechny awans naszych wychowanków do drużyn seniorskich Rozwoju. Szukali oni zatrudnienia w okolicznych klubach (z reguły w niższych klasach rozgrywkowych), a na ich miejsce przychodzili młodzi (niekoniecznie lepsi) zawodnicy – meteory. Najczęściej wynikało to z listy życzeń kolejnego trenera, których przewijało się u nas bez liku. Po odejściu trenera okazywało się, że sprowadzenie danego piłkarza było kompletnym nieporozumieniem, więc sprowadzano kolejnych graczy wg listy życzeń kolejnego trenera do czasu kiedy zmieniał go następny trener, a poprzednia lista zawodników okazywała się kompletnym nieporozumieniem itd.

Zupełnie innym paradoksem dla mnie jest fakt, że funkcjonuje sporo klubów, w których grają z powodzeniem nasi byli starsi zawodnicy. I oby grali jak najdłużej!!! Jedynie nie potrafię wyjść ze zdumienia, że jest klub, jego nazwa, stadion (lub nie, bo to już różnie bywa), jakiś budżet i tylko nie ma … miejscowych zawodników! Takich to czasów nie chciałbym doczekać w Rozwoju!

Kończąc temat rodziny szczerze przyznaję, że klub to mój drugi dom, o czym doskonale wiedzą moi bliscy. Również jako rodzinę traktowałem wszystkich swoich zawodników, z którymi miałem przyjemność pracować. A byli to chłopcy z roczników 1969/1970, 1978, 1984, 1990, których prowadziłem praktycznie od dziecka, aż do pełnoletniości. Z uwagą śledzę ich dalsze losy, a każda możliwość spotkania się z nimi sprawia mi dużą przyjemność. Bowiem … grunt to rodzinka!

autor: Paweł Wawoczny