Karta historii (1): stadion Rozwoju Katowice


Kiedy po raz pierwszy przyjechałem z Tychów na stadion, zrobił na mnie duże wrażenie. Niedawno oddany do użytku (w 1974 roku) – prezentował się okazale. Przeznaczony do rozgrywania meczów piłki nożnej, ale jednocześnie wyposażony we wszystkie niezbędne urządzenia (skocznie, rzutnie) do przeprowadzenia zawodów lekkoatletycznych. Czerwona bieżnia wokół boiska, oglądana z korony stadionu, wyglądała bardzo elegancko.

Za to szokiem dla mnie była murawa, co prawda zielona, ale porośnięta półmetrową trawą. Podobno jeden z ówczesnych gospodarzy obiektu wpadł na nowatorski pomysł polepszenia stanu nawierzchni. W jaki sposób chciał to osiągnąć pozostanie na zawsze dla mnie tajemnicą!

Zresztą później, jeszcze nieraz, zdarzały się bardzo interesujące momenty! Wiele godzin, wychodząc na boisko z nożami, wycinaliśmy pracowicie „babki” zajmujące zdecydowanie większą część murawy. Efekty naszej pracy były jednak raczej mizerne, ale i tak to wszystko były drobiazgi w porównaniu z informacją, jaka otrzymaliśmy pewnego dnia. – Dziś trening jest odwołany, a jutrzejszy mecz przełożony, bo na stadionie odbędą się zawody … hippiczne. I faktycznie się odbyły! Takie to były wtedy czasy.

Wróćmy do roku 1975. Równolegle do stadionu (od strony zachodniej) położone było boisko treningowe o, nazwijmy to umownie, nawierzchni z czerwonej „mączki”. Nawet jako boisko treningowe – pozostawiało wiele do życzenia.

Również równolegle do stadionu (ale od strony wschodniej) położone były boiska asfaltowe do koszykówki i piłki ręcznej. Zapamiętałem je szczególnie z powodu jednego człowieka.

Otóż w drugiej połowie lat siedemdziesiątych mieliśmy w drużynie znakomitego bramkarza (późniejszego autora monografii Rozwoju Katowice) o wdzięcznym pseudonimie „Lolo”. Oprócz wielu przymiotów świadczących o jego bramkarskim fachu miał jeszcze jedną cechę. Znakomicie grał w „siatkonogę” … i wyzywał nas na pojedynki „jeden na jeden” na rzeczonym asfalcie. Toczyły się tam nie mniej zażarte mecze niż na głównej murawie stadionu. Też miałem przyjemność rozegrania z nim paru spotkań i do dziś poczytuję sobie jako powód do dumy, że wyszedłem z nich zwycięsko. A nie wszystkim to się udawało!

W późniejszych latach, czy to z powodu remontu, czy to z powodu fatalnej murawy, czy wręcz odwrotnie – oszczędzania jako takiej nawierzchni – trenowaliśmy również na Załęskiej Hałdzie. Często w towarzystwie baranów (tych prawdziwych), często długo szukając piłek w zaroślach pobliskiego lasu. Był również okres, kiedy mecze mistrzowskie rozgrywaliśmy gościnnie na stadionie Kolejarza Piotrowice.

Niezaprzeczalnym faktem jest, że w ostatnich latach, dzięki kompetentnym i zaangażowanym osobom, stadion pięknieje. Oby tylko wystarczyło chęci i wytrwałości! I gdyby tak jeszcze pojawiło się oświetlone boisko o sztucznej nawierzchni oraz hala – chociażby taka jak w niedalekich Szopienicach … . A cóż to, pomarzyć nie można?!

autor: Paweł Wawoczny