Karta historii (12): to, co tygrysy lubią najbardziej

  • jesteś w:
  • Strona główna
  • Karta historii (12): to, co tygrysy lubią najbardziej

Co zawodnikowi sprawia największą frajdę? Oczywiście mecz, a potem w sporej odległości trening. Z tym treningiem to bywa różnie. Każdy zawodnik preferuje inny charakter ćwiczeń. Są i tacy, którzy nie chcieliby trenować w ogóle. Interesuje ich tylko mecz! Mnie największą radość sprawiały gierki, ćwiczenia szybkości oraz trening strzelecki. Ponieważ natura obdarzyła mnie niezłą szybkością, na treningach poświęconych jej kształtowaniu startowałem zwykle w sporej odległości za grupą, by bieg ukończyć w czołówce. Dzięki temu unikałem frustracji kolegów, a nabyte w ten sposób umiejętności znakomicie wykorzystywałem w meczach.

Podobnie było z gierkami i treningiem strzeleckim. Nie było dla mnie ważnych, mniej ważnych i nieważnych piłek. Każdą sytuację, z której można było zdobyć bramkę starałem się wykorzystać w bezlitosny sposób. Nieważne było, czy to mecz na szczycie na stadionie wypełnionym publicznością, czy mała gierka na treningu, czy trening strzelecki na boisku żwirowym! Zupełnie inna historia to egzekwowanie stałych fragmentów gry. Mimo wysokiego wzrostu byłem etatowym egzekutorem kornerów. Celne, rotacyjne dośrodkowania byłyby jednak tylko ozdobnikiem meczu, gdyby nie wykorzystywał ich np. grający znakomicie głową Władek Witkowski. Dużą satysfakcję sprawiały mi też bramki zdobyte bezpośrednio uderzeniem z rogu. Jednak z biegiem czasu moim znakiem firmowym stały się rzuty wolne. Niewiele osób wie, że na niektóre treningi wychodziłem często o wiele wcześniej. Brałem ze sobą kilka piłek i po krótkiej rozgrzewce ustawiałem w różnej odległości od bramki, by potem próbować umieścić je w „okienkach”. Oczywiście po takiej serii trzeba było pójść pozbierać piłki, ustawić je ponownie, kolejno próbować umieścić w „okienkach” i tak w kółko.

O wiele łatwiej i weselej było po treningach strzeleckich, kiedy grupa szła do szatni, a bardzo nieliczni zostawali z bramkarzem, by w ramach zakładu np. o czekoladę strzelać „10 na 10” rzutów wolnych czy karnych. Ten wysiłek (zabawa jednocześnie) sowicie się opłacał w meczach mistrzowskich. Nieistotna była minuta gry. Rzuty rożne i wolne to była groźna i ważna „broń” naszej drużyny. Wielu trenerów próbowało modyfikować nasz sposób egzekwowania stałych fragmentów gry. Byłem jednak dość oporny wszystkim tym nowinkom, a ponieważ przemawiała za mną skuteczność, dość szybko pozostawiano mi zupełną swobodę.

Równie oporny byłem, co ze wstydem dziś przyznaję, przeciwko wtłaczaniu mnie w jakiekolwiek ramy taktyczne. Grzecznie i z uwagą słuchałem zaleceń trenera, by po paru już minutach gry robić to, co mi intuicja i wiedza podpowiadały. Ponieważ często przynosiło to pozytywne, wymierne efekty udawało mi się uniknąć krytyki szkoleniowca. Zresztą do dziś z o wiele większą przyjemnością oglądam mecze np. Barcelony, gdzie gra piłką sprawia zawodnikom radość niż np. atletyczne drużyny, ściśle podporządkowane rozrysowanym schematom.

Te uwagi, dotyczące wytężonej dodatkowej pracy, dedykuję naszym młodym zawodnikom. Nigdy nie jest się tak dobrym, żeby nie móc być jeszcze lepszym! Oczywiście myślę tu o zawodnikach predysponowanych do zdobywania bramek, a jest o nich coraz trudniej. Z niecierpliwością czekam na kolejnego piłkarza, który dołączy kiedyś do „Klubu Strzelców 100 bramek”.

Na koniec mych wspomnień garść uwag o meczach, w których miałem przyjemność brać udział. Ponieważ było ich kilkaset wybór jest trudny. Z czasów juniorskich (grałem tam krótko) pamiętam tylko jeden – w Tychach. Z prozaicznego powodu pamiętam – po raz pierwszy przyszło mi grać na stadionie wypełnionym po brzegi, bowiem mecz odbywał się      w ramach trwających „Dożynek”!

W „Rozwojowych” barwach z gatunku „bolesnych” pamiętam mecz na wyjeździe, gdzie już w I połowie dotkliwie bolała mnie kostka. Bohatersko wyszedłem na drugą połowę, zdobyłem nawet dwie bramki i mecz zakończyliśmy zwycięsko. Istotniejsze jednak było to, że po raz pierwszy tak dobitnie spotkałem się z niesportowym zachowaniem. Dla mnie, który w całej swojej „karierze” nie otrzymał ani jednej żółtej czy czerwonej kartki, zachowanie obrońcy przeciwnika (notabene syna byłego trenera reprezentacji Polski) było karygodne. Widząc mój ból oraz to, że kuleję, bez skrupułów (poza grą) kopał mnie w bolące miejsce. Kolejny szok spotkał mnie w szatni, kiedy zdjąłem buty i skarpety. Pęknięta torebka stawowa, stopa jak u słonia. But to wszystko trzymał! Wtedy to po raz pierwszy wróciłem do domu boso. Dopiero w poniedziałek wizyta u doktora Franika, gips i trzy tygodnie przerwy.

Z gatunku „przerażonych przed meczem” pamiętam wyjazd do Łąki. Już od początku tygodnia wyczuwało się w szatni niepokój. Stadion w Łące miał opinię bardzo nieprzyjaznego dla gości. Zresztą mało kto zdobywał tam chociaż punkt. Po raz pierwszy dało się też wyczuć obawy naszego bardzo dobrego trenera – Joachima Krajczego. Taka atmosfera panowała aż do soboty. Przyjeżdżamy na mecz. Pierwsze zaskoczenie – szatnie w remoncie. Przebieramy się w sali gimnastycznej pobliskiej szkoły. Drugie zaskoczenie – boisko w remoncie, gramy na małym bocznym. Wychodzimy przebrani i zupełny szok! Boisko dosłownie „oblepione” kibicami. Tuż przy liniach bocznych gęsty tłum. Pełna kultura. Na przedzie panie w wieku nazwijmy to „średnim”. Obowiązkowo każda z parasolką! Za nimi młodsze niewiasty i dzieci. Potem starsi mężczyźni, a z tyłu młodzież. Złowrogie pomruki towarzyszą naszej rozgrzewce. Wreszcie rozpoczyna się mecz. Gra mi się znakomicie. Strzelam trzy bramki, czwartą dokłada Jurek Kuczera. Po każdej bramce panie coraz groźniej wymachują parasolkami. Gramy bez skrzydłowych, bo nikt nie chce biegać wzdłuż tłumu. Kończy się mecz, wygrywamy 4:0. Kibice wbiegają na boisko, porządkowych nie uświadczysz! Otacza mnie wianuszek pań, tych z pierwszego rzędu z parasolkami! Odprowadzają mnie aż do szatni poklepując po plecach ze słowami: „synku, ale żeś fajnie groł, nie chcioł byś prziś do nos”. Takiego komplementu i z takich ust nie usłyszałem już nigdy później! Od tego dnia polubiłem Łąkę. Zresztą będąc tam za jakiś czas z Prezesem na pstrągu (pisałem już, że tworzyliśmy wszyscy rodzinę) zostałem rozpoznany i przyjęty bardzo miło.

Z gatunku „co znaczy stres” pamiętam mecz wyjazdowy przed końcem sezonu, który musieliśmy wygrać. Na zbiórkę przedmeczową mój starszy kolega, znakomity zawodnik, przyszedł blado-zielono-fioletowy! W ciągu 30 minut kilkakrotnie korzystał z toalety. Tłumaczył trenerowi, że nie przespał nocy, że jest cieniem samego siebie, że nie może i nie chce grać! W tym momencie wzięło górę doświadczenie trenera: „grasz i nie ma żadnej dyskusji”! Faktycznie zagrał. Przeciętnie, jak i my wszyscy. Do 80 minuty utrzymywał się wynik bezbramkowy. Wreszcie rzut wolny z ok. 25 metrów. Trafiam w okolice spojenia słupka z poprzeczką. Piłka odbija się od wewnętrznej części poprzeczki, a ponieważ strzał był dość silny, piłka kozłuje na linii bramkowej. Najbliżej niej znajduje się wspomniany kolega, stoi jak sparaliżowany, wreszcie podbrzuszem wpycha ją do bramki. Jak mi za parę dni opowiedział, nie był po prostu w stanie wykonać żadnego ruchu. Wygrywamy 1:0. Po kąpieli wróciły mu na twarz naturalne kolory, a w drodze powrotnej do domu nie było w autobusie bardziej rozgadanego i wesołego człowieka jak on!

Z gatunku „komicznych” utkwił mi w pamięci mecz z Szombierkami Bytom u siebie. Miewałem już wcześniej tzw. „plastra”, ale ten przerósł wszystkich. Młody człowiek, lekko misiowaty nie odstępował mnie na krok. Był tak nakręcony, albo zakręcony, że w przerwie towarzyszył mi w dość długiej wtedy drodze do szatni. Nie zauważył nawet, że jest w naszej szatni! Dopiero trener go wyprosił. Grało mi się fatalnie, za to kibice mieli niezły ubaw, a co dowcipniejsi proponowali mi pójście do toalety, spodziewając się, że i tam będzie mi towarzyszył. Udało mi się w końcu strzelić jedną bramkę, ale zarys jego sylwetki ciągle pamiętam.

Gatunek „rezerwa” też mi było dane poznać. Jedziemy na mecz w III lidze z BKS Bielsko. W szatni dowiadujemy się, że na ławce rezerwowych usiądę ja, Leszek Olsza i Heniek Zdebel. Argumentów za taką decyzją brak. Trener po prostu miał taką koncepcję i już. Wychodzimy na rozgrzewkę, my w trójkę w dresach. Mijający nas trener BKS-u patrzy z niedowierzaniem, wreszcie mówi: „najsilniejsza w tym dniu ławka rezerwowych w Europie”. Sympatyczne i miłe to było z jego strony. Gramy słabo, przegrywamy do przerwy 0:1. Trener mnie i Lechowi Olszy poleca się rozgrzać. Do Heńka Zdebla czuje z jakiegoś powodu antypatię. Po 50 minutach gry z boiska schodzi kontuzjowany Andrzej Wiercioch. Wcześniej wykorzystaliśmy limit zmian, więc gramy w dziesięciu. Udaje mi się wyrównać na 1:1, potem mam jeszcze okazję na drugą bramkę. Piłkę z linii bramkowej wybija obrońca. Nasze tyły grają już dobrze, taki wynik utrzymuje się do końca. Po meczu odbieramy gratulacje, a trener chyba traci resztę autorytetu.

Kończąc te wspomnienia, które są tylko maleńkim wycinkiem z lat spędzonych przeze mnie w „Rozwoju” pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że chociaż w małym procencie sprostałem oczekiwaniom mojego młodego przyjaciela – Marcina Nowaka.

P.S.
Ponieważ w klubach nieocenioną, ale i niedocenianą pracę wykonują tzw. gospodarze chciałbym na tych łamach wyrazić swój ogromny szacunek dla Józefa Paszka. Jak już kiedyś pisałem – klub jest dla mnie drugim domem. Obserwując pracę i zaangażowanie Józka śmiem twierdzić, że dla niego klub jest tym domem pierwszym!

autor: Paweł Wawoczny