Karta historii (2): zaplecze szatniowe Rozwoju


Jak już wspomniałem, w 1975 roku stadion prezentował się dość okazale. O wiele gorzej było z szatniami. Początkowo przebieraliśmy się w piwnicach Domu Górnika przy ul. Załęskiej. Trudno było wymagać od pomieszczeń piwnicznych, żeby zapewniały jakiś komfort. Dlatego niedługo później przenieśliśmy się do … piwnic Domu Młodych Małżeństw (takie to wtedy były nazwy!), także przy ul. Załęskiej. Powiedzmy, że standard wzrósł odrobinę. Ale i tak nasze szatnie nie były najgorsze.

W meczach wyjazdowych zdarzało się nam przebierać w kontenerach, pakamerach, sali gimnastycznej, niekiedy w strasznie obskurnych pomieszczeniach. Bywało, co prawda rzadko, że „kąpiel” po meczu zapewniała położona na świeżym powietrzu … studnia.

Z naszymi szatniami wiązały się też zabawne, choć czasami nie dla wszystkich, sytuacje. Otóż pewnej niedzieli, przychodząc na mecz, zastaliśmy ówczesnego gospodarza (niestety, obecnie już nieżyjącego) stojącego po kolana w wodzie „kanalizacyjnej”. Co się w tej „wodzie” znajdowało można się domyślić! Miotając słowami, uważanymi powszechnie za niecenzuralne, usiłował przetkać zapchane studzienki. W końcu mu się to udało, potem szybkie spłukanie bieżącą wodą, pobieżna dezynfekcja i idziemy się przebierać. Odprawa przedmeczowa była w tym dniu wyjątkowo krótka. Nie pamiętam jakim wynikiem zakończył się mecz. Pamiętam za to doskonale, że wracając do domu spotykałem się z dziwnymi spojrzeniami ludzi mnie mijających. I dziwnie przy tym kręcących nosami. Zapach, w jakim przez prawie 3 godziny przebywała nasza odzież zdążył się dość mocno utrwalić! Podobne sytuacje zdarzały się jeszcze parokrotnie.

Z gatunku zabawnych, choć nie dla wszystkich, momentów pamiętam dzień, kiedy to nagle z treningu, prawie sprintem, pobiegł w kierunku szatni jeden z naszych kolegów. Potem się okazało, że za potrzebą fizjologiczną. Pech chciał, że drzwi były zamknięte, bo gospodarz gdzieś wyszedł. Pchany nieodpartą potrzebą nasz kolega próbował dostać się do szatni przez okienko piwniczne. Tam chwilowo utknął i … nie zdążył! Trudno potem było wejść do tego pomieszczenia … z wiadomych przyczyn. Dla nas sytuacja była przekomiczna. Wręcz odwrotne odczucia towarzyszyły naszemu koledze.

Przekleństwem, również dla mnie osobiście, były (w szatniach ulokowanych w piwnicach) zbyt nisko osadzone futryny drzwi. Wielokrotnie zdarzyło mi się sprawdzać głową ich wytrzymałość. Przydarzyło się to także naszemu ówczesnemu Prezesowi (niestety, również obecnie już nieżyjącemu). Rozsierdzony naszą postawą w pierwszej połowie meczu, energicznie zmierzał w kierunku szatni, by powiedzieć, co o nas myśli (a potrafił dosadnie rugać!). Zaaferowany, zapomniał o niskich drzwiach i (z całą energią swej masy) wysokim czołem walnął w futrynę! Oj, burza była ogromna, ale pioruny spadły na gospodarza. Na nas już brakło czasu! Nawiasem mówiąc, był to bardzo dobry Prezes!

Sytuacja uległa diametralnej poprawie po przeniesieniu się do obecnego budynku klubowego. Początkowo do naszej dyspozycji były wszystkie pomieszczenia, Dyrektor Klubu urzędował w miejscu obecnej apteki przy ul. Załęskiej, a księgowość i brygady remontowe mieściły się w nieistniejącym już kontenerze. Później, w finansowo trudnych dla Klubu czasach, wydzierżawiono pomieszczenia dla wspomnianej apteki, a z powierzchni budynku wydzielono część zajmowaną obecnie przez pub.

autor: Paweł Wawoczny