Karta historii (3): sprzęt sportowy cz. 1


Nawiązując do drugiej połowy lat 70-tych ubiegłego wieku muszę szczerze przyznać, że w sprawie sprzętu sportowego nastąpił istotny przełom. Jak zły sen pamiętam nasze ówczesne stroje.

Stroje wykonane z materiałów, jakie były dostępne na rynku (na miarę możliwości finansowych danego klubu) przysparzały nam wiele kłopotów, a nawet … bólu! Pamiętam koszulki meczowe, wykonane chyba z płótna żaglowego (to domysły), które w dni ciepłe pełniły rolę indywidualnej sauny, za to w dni chłodne czułem się jak rycerz w cienkiej zbroi! Wspomniałem o płótnie żaglowym nie bez powodu. Mieliśmy koszulki, w których grając z wiatrem wydobywaliśmy z siebie nieznane nam dotąd pokłady szybkości. Zdecydowanie gorzej było grając pod wiatr! Inną bajką były spodenki. Jak wszystkim powszechnie wiadomo, zwykle drużyna składa się z zawodników o zróżnicowanej budowie ciała. A bywały komplety meczowe o dość zbliżonym rozmiarze. I albo wyglądało się jak „koń wyścigowy” w przyciasnych spodenkach (dotyczyło zawodników wysokich), albo jak popularne w tamtych czasach Dynamo Kijów z charakterystycznymi obszernymi i przydługimi spodenkami. Niektórym naszym niższym zawodnikom sięgały prawie do kolan! Inną ich (spodenek) niecodzienną cechą, było to, że potrafiły ranić do krwi. Po niektórych meczach nasze uda w okolicach pachwin przypominały „żywy ogień”. Niewykluczone, że dodatkowym elementem wiążącym się z ich dokuczliwością były ówczesne środki piorące oraz sposób prania (to nie była jeszcze epoka pralek automatycznych).

Początkowo nie było obowiązku grania w ochraniaczach (nigdy nie lubiłem w nich grać, dlatego dziś moje nogi, a zwłaszcza golenie przypominają tarę do prania – kto dziś jeszcze pamięta, co to było!?). Zapobiegliwi, szczególnie mający jakieś kontakty na Zachodzie zaopatrywali się i grali w ochraniaczach z tworzywa sztucznego. Dla reszty pozostawał wyrób krajowy, czyli materiał z wszytymi w specjalne kieszonki płaskimi deseczkami (dlatego popularne było pytanie: „czy grasz dziś w dechach?”). Ciężkie to było i niewygodne, nie bardzo chciało mieścić się w getrach, dlatego z bólem przyjąłem obowiązek grania w ochraniaczach. Na szczęście nie był to zbyt długi okres, bo coraz częściej zaczęły się pojawiać mniej lub bardziej udane wyroby z tworzywa sztucznego.

Najważniejsze jednak dla zawodnika są buty! Ponieważ był to towar drogi i deficytowy na treningi ubierało się korkotrampki (taka nazwa!). Ze względu na nawierzchnię naszych boisk treningowych (najpierw żwir czerwony, a potem czarny) wytrzymywały co najwyżej parę miesięcy. A oprócz tego nijak się miały do butów, w których grywało się mecze (choć zdarzały się spotkania, w których ze względu na pogodę i stan nawierzchni „placu boju” były najlepszym wyjściem z sytuacji). Ewolucja obuwia meczowego na szczęście przebiegała dość szybko. Popularne „Fabosy” służyły nam dość długo. Ciężkie, niewygodne, ale i tak o niebo lepsze od poprzedników, których nazwy nie pomnę. Miały już wkręcane kołki z tworzywa sztucznego (do ich poprzedników trzeba było wycinać ze skóry kółka o różnej średnicy, łączyć je ze sobą i przybijać do podeszwy!). Gdy dopuszczono do gry w metalowych kołkach, pamiętam niektórych kolegów z pilnikiem w ręku pieczołowicie ostrzących końcówki aluminiowych kołków. Teoretycznie pomagało to w utrzymaniu równowagi na śliskiej nawierzchni, ale jednocześnie było ogromnie niebezpieczne w kontakcie z przeciwnikiem. Widziałem niejedną rozoraną nogę po kontakcie z takim butem!

„Fabosy” były niezłe do momentu kontaktu z wodą. Potem, po wyschnięciu, bez względu na właściwości pasty do butów, oleju czy smaru (próbowaliśmy wszystkiego) były już tylko twardym „obcym ciałem” na naszych stopach. Jakimś wyjściem z sytuacji było zaopatrzenie się w tzw. „kolarki”. Mięciutkie, lekkie, idealnie leżały na nodze. Za to mocne uderzenie piłki w nich, a nie daj Boże kontakt z kołkami (też ostrzonymi) przeciwnika powodowało dotkliwy ból. Dlatego pojawienie się w Klubie (dzięki kontaktom naszych działaczy) prawdziwych „Adidasów” przyjęliśmy z ogromną radością. Buty idealnie dopasowane, miękka skórka z oryginalnymi paskami – palce lizać! Niestety, miały jedną podstawową wadę – było ich za mało! Przydzielono je nam wg uznania trenera i Zarządu. Pozostała jedna para o numerze 40, do której zgłosiło się kilku chętnych…

autor: Paweł Wawoczny