Karta historii (4): sprzęt sportowy część 2


Pojawienie się w Klubie „Adidasów” przyjęliśmy z ogromną radością. Niestety, miały jedną wadę – było ich za mało! Przydzielono je wg uznania. Pozostała 1 para o numerze 40, do której zgłosiło się kilku chętnych.

Wybrano jednego z naszych kolegów, który miał kilka wyróżniających go cech. Ale nie to jest istotne. Zapamiętam do końca życia mecz (nie wiem już z kim, ani gdzie), po którym ten kolega zdjął te wymarzone buty, skarpety i zobaczyłem jego zakrwawione palce u stóp. Okazało się, że normalnie nosi obuwie o rozmiarze 42, ale tak bardzo pragnął mieć te buty, że na przymiarce i potem w meczu podwijał palce stóp. Nie potrafię sobie wyobrazić w jaki sposób zniósł potworny ból (też zdarzało mi się, jak każdemu, miewać czasem przyciasne buty) i dotrwał do końca spotkania. Ja na szczęście trafiłem na swój rozmiar i pamiętam, że nigdy przedtem, ani nigdy później (choć o sprzęt zawsze dbałem bardzo starannie) tak bardzo nie pielęgnowałem butów jak tych! Zresztą odwdzięczyły mi się sowicie. Grałem w nich ładnych parę lat, udało mi się też zdobyć trochę bramek.

I wreszcie ostatni element – piłka. Bywały bardzo różne. Charakterystyczną ich cechą była słaba odporność na nawierzchnię inną niż dobra trawa oraz … wodę. Trzeba przyznać, że Zarząd dbał o nas pod tym względem i co jakiś czas otrzymywaliśmy piłki nowe, przydzielane indywidualnie każdemu zawodnikowi. I tu sprawdzało się powiedzenie – „jak dbasz, tak masz”. Dlatego niektórzy z nas po każdym treningu spuszczali powietrze z piłki, by przed kolejnym ją napompować. Smarowaliśmy je, natłuszczaliśmy, co znakomicie przedłużało ich żywot. Ale niestety nie wszyscy. A trenując w grupie (co raczej jest normalne) trafiało się na piłkę, o którą nikt nie zadbał. I albo był potworny ból głowy czy nogi (zależy czym się uderzyło, albo w co się dostało), albo była rozpacz granicząca ze śmiesznością obserwując gdzie ta piłka po uderzeniu leci. Podobnie bywało w meczach wyjazdowych.

Pamiętam szczególnie dwa mecze, gdzie piłka była dla naszej drużyny niechlubnym „bohaterem”. W jednym z nich duży udział miał nasz znakomity bramkarz, o którym już wspominałem. Przegrywaliśmy mecz, goniliśmy wynik, nacieraliśmy, bardzo zależało nam na czasie, który nieubłaganie uciekał. I nagle, z dalszej odległości któryś z przeciwników uderzył w kierunku naszej bramki. Wszystkim nam się wydawało, że piłka przeleci sporo nad poprzeczką, toteż nasz bramkarz nie czekając (nie było wtedy chłopców do podawania piłek) szybko podążył za bramkę żeby szybko wznowić grę. Oniemieliśmy, gdy wspomniana piłka nagle spikowała w dół (być może pomógł jej w tym wiatr) i wpadła do siatki. Największe zdziwienie i rozpacz malowała się na twarzy naszego golkipera. Nie było już szans, żeby ten mecz wygrać!

Innego typu przypadek bardzo przeżyłem osobiście. Gramy mecz wyjazdowy. Mokro, ciągle pada deszcz. Piłka, bardzo nieciekawa już na początku meczu z każdą minutą robi się coraz cięższa. Kilka minut po rozpoczęciu drugiej połowy (gramy dalej tą samą piłką!) uderzam z powietrza na bramkę przeciwnika. Uderzenie bohatersko bierze na głowę jeden z obrońców. Widzę, że musiało to być bardzo bolesne, ale ambitnie gra dalej. Nagle, po paru minutach, gdy piłka jest na naszej połowie obserwujemy jak bezwładnie pada na trawę, a raczej błoto. Jest nieprzytomny, znoszą go z boiska, odwożą do szpitala. Gramy dalej, ale myśli zajęte już czymś innym. Koniec meczu, schodzimy do szatni i wszyscy oczekujemy wieści ze szpitala. Skończyło się szczęśliwie. Przytomność odzyskał dość szybko. Diagnoza: wstrząs mózgu. Wyszedł z tego bez szwanku. Ale nigdy nie czułem się tak bardzo nieswojo jak wtedy.

Obserwując jak bardzo bogaty i różnorodny jest obecnie rynek artykułów sportowych można tylko pozazdrościć. Co nie znaczy, że współcześnie grający zawodnicy nie będą narzekać za jakieś 30 lat na czym to i w czym musieli grać!

autor: Paweł Wawoczny