Karta historii (5): transport cz. 1


„Najlepszy sport to transport”. To popularne, sądzę, że i obecnie na kopalni powiedzonko, z którym nie do końca się zgadzam ma w sobie trochę prawdy. Wszak na zawody sportowe trzeba dojechać.

W tym miejscu muszę wrócić na chwilę do swojego dzieciństwa. Od najmłodszych lat sport, a szczególnie piłka nożna to był mój sposób na spędzanie wolnego czasu. Na początku piłkę w wydaniu klubowym oglądałem podpatrując treningi seniorów (czasem podając piłki) oraz obowiązkowo uczestnicząc w meczach mistrzowskich jako kibic. Oczywiście w meczach na własnym boisku. Nobilitacją wśród rówieśników w tym czasie było pokazanie się na stadionie (grywaliśmy całe dnie na podwórkach).

Ponieważ byliśmy stanowczo za młodzi na grę, można było wejść na murawę jedynie jako… sędzia boczny (np. w meczu juniorów). I to udawało mi się dość często. Gdy byłem już rozpoznawalny w Klubie, zacząłem się ubiegać o miejsce na mecz wyjazdowy. A nie była to prosta sprawa.

W tamtych czasach na mecz jechało się ciężarówką okrytą plandeką, a pod nią poustawiane były ławki. Stan dróg nie był na pewno lepszy niż obecnie, więc podróż bywała przeżyciem ekstremalnym. Wbrew pozorom – im było ciaśniej, tym było bezpieczniej. Przynajmniej tak mi się wydawało. Czasami wyjazd trwał kilka dobrych godzin. Najpierw dojazd, później przedmecz juniorów, następnie mecz seniorski i powrót do domu. Najważniejsze z tego okresu, co mocno utkwiło w mej pamięci to fakt, że mecz był wielkim świętem!

Również to, że bez względu na wynik wracaliśmy rozśpiewani. Im lepszy rezultat, tym głośniejszy i radośniejszy był śpiew. Przeważał repertuar patriotyczny oraz typowo nasz – śląski. Kibice oczekujący na powrót drużyny już dużo wcześniej mogli się domyślić, jaki był wynik meczu. Z biegiem czasu ta tradycja zaczynała zamierać i jak mówią Czesi – „to se ne vrati” .

A szkoda! Z późniejszego już okresu względem transportu pamiętam takie nazwy jak: „stonka”, „robur”, „osinobus”. Zainteresowani będą wiedzieli, o co chodzi.

W czasach seniorskich (w Rozwoju) na mecze jeździliśmy już autobusami. Kierowców (niezwykle sympatycznych) mieliśmy bardzo różnorodnych. Był m. in. „Brecha”, Andrzej, Bolek, Erich, Heniu. Z częścią z nich do dziś utrzymuję bardzo przyjacielskie kontakty…

autor: Paweł Wawoczny