Karta historii (6): transport cz. 2


W czasach seniorskich na mecze jeździliśmy już autobusami. Kierowców (niezwykle sympatycznych) mieliśmy bardzo różnorodnych. Był m. in. „Brecha”, Andrzej, Bolek, Erich, Heniu.

Najbardziej malowniczą postacią był Bolek. Energiczny i stanowczy, obdarzony kwiecistym, dosadnym językiem i sypiący kawałami jak z rękawa. Trzymający pod siedzeniem nieodłączne „Boże pómogej”, czyli metrowy kawałek grubego, giętkiego kabla na wypadek nieprzewidzianej sytuacji na szosie i ewentualnego chamskiego zachowania innego użytkownika drogi.

Przeciwieństwem Bolka był spokojny, stonowany Erich. Najbardziej dystyngowany był Heniu. I to z nim najczęściej wyjeżdżaliśmy za granicę, czyli do NRD, Czechosłowacji (były takie kraje!) lub na Węgry. Z tych pierwszych zagranicznych wyjazdów najbardziej pamiętam szokująco inny stan dróg niż u nas oraz zachowanie miejscowych kierowców. Oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Pamiętam, że wszyscy ci nasi kierowcy jeździli bardzo pewnie i bezpiecznie.

Najbardziej ekstremalne przygody mieliśmy jednak z szoferem, którego imienia ani ksywki już nie pamiętam. Zresztą jeździł z nami krótko. Parę razy zdarzyło się nam np. wyjechać spod Klubu, by jadąc ul. Załęską w kierunku Ligoty nie ustąpić pierwszeństwa przejazdu jadącym ul. Ligocką. Cóż z tego, że kierowca chciał to zrobić skoro nie działały hamulce! Szczęśliwie ani razu nie spowodowaliśmy kolizji, choć dźwięk klaksonów i przekleństwa innych kierowców były słyszalne dość daleko. Przypominało mi to zawsze zabawną, ale i niebezpieczną sytuację kiedy jadąc z kolegą z drużyny jego „Trabantem” słyszałem prośbę – „otwórz drzwi i hamuj nogami!”. Wracając do naszego szofera – innym razem przejeżdżając z impetem przez dość potężną kałużę całą jej zawartość mieliśmy na sobie! Po prostu otwarła się klapa w podłodze!

Z gatunku „mrożących krew w żyłach” przypadków mieliśmy do czynienia również z tym samym człowiekiem. Jedziemy na bardzo ważny mecz w okolice Rybnika. Siedzę z prawej strony przy oknie na swoim stałym miejscu. Jesteśmy lekko spóźnieni, więc nasz ulubiony kierowca dociska pedał gazu. Dojeżdżamy do Łazisk Górnych. Nagle przez szybę widzę jak po chodniku toczy się ogromne koło, wyprzedza nas, podskakuje na nierównościach i na wiadukcie z ogromnym impetem przelatując nad barierką spada w dół! Konsternacja. Rozglądamy się wokół czyje to koło, skąd się wzięło? Widzi to na szczęście też nasz szofer. Zwalnia, zatrzymuje się, wychodzi z autobusu. Szok! To koło jest… nasze!!!

Nasz bramkarz jest roztrzęsiony, blady. Nam też nie do śmiechu. Łapiemy „okazję”, taksówki, by dojechać na mecz. Zdążyliśmy, by przegrać zawody, ale cało i szczęśliwie wróciliśmy do domu.

Z późniejszych, nazwijmy to anomaliów transportowych pamiętam, już jako trener, wyjazd z juniorami na mecz do Tychów … pociągiem. Był też wyjazd z trampkarzami autobusem WPK (tak się wtedy nazywało przedsiębiorstwo komunikacyjne) do Rudy Śląskiej – Wirka, z którego powrót przeciągnął się do trzech godzin. Wypadły dwa autobusy, a ponieważ jeździły co godzinę, dlatego tyle to trwało. Kto próbował zająć czymś znudzonych nastoletnich chłopców, ten wie ile kosztuje to wysiłku!

Dlatego tak bardzo doceniam obecnie pewność i niezawodność naszego sympatycznego przewoźnika drużyn młodzieżowych. Również rzetelność oraz jakość taboru przewoźnika obsługującego mecze I drużyny seniorów to lata świetlne w stosunku do czasów naszych podróży z przygodami. I wbrew pozorom transport to może nie sport, ale bez niego ani rusz!

autor: Paweł Wawoczny