Karta historii (7): medycyna cz. 1


W Polsce na medycynie zna się każdy! Kiedy jednak pojawią się dolegliwości szukamy dobrego lekarza. W sporcie ma to szczególne znaczenie. Liczy się skuteczność leczenia i przede wszystkim czas.

W drugiej połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku naszym lekarzem klubowym był młody kardiolog – Fryderyk Prochaczek. Dziś to uznany prof. dr hab. nauk medycznych. Z doktorem Fryderykiem wiąże się jedno, bardzo zabawne dla mnie, wspomnienie.

Otóż po zakończeniu sezonu i jednocześnie imprezie z tej okazji mieliśmy zaplanowane na następny dzień badania kardiologiczne. Ze zrozumiałych względów nie wszyscy na te badania dotarli, a część kolegów, która przyszła była w nienajlepszej dyspozycji! Wchodziliśmy do gabinetu pojedynczo, a opowieści i wygląd tych, którzy po badaniu wychodzili były przerażające! Otóż podobno trzeba było połknąć coś na wzór sondy żołądkowej, przez którą później doktor Fryderyk przepuszczał jakieś napięcie elektryczne i odczytywał wynik na przyrządach. Piszę podobno, bo nie dane mi było tego doświadczyć. Wchodząc jako ostatni do gabinetu niewinnie zapytałem, czy to jest jedyna metoda zbadania stanu mojego serca. Usłyszałem odpowiedź, że nie. Można pedałować na rowerze będąc podłączonym do aparatury, tyle że trwa to parę minut dłużej. Oczywiście wybrałem ten wariant. Do dziś widzę te zdziwione oczy kolegów, że tak bohatersko i bezboleśnie przeszedłem badania. W jaki sposób je przeszedłem opowiedziałem dopiero po jakimś czasie. Oj, było wesoło! Szczególnie mnie.

W sporcie jednak najczęściej zdarzają się urazy i najbardziej potrzebny jest chirurg – ortopeda. W tamtym okresie korzystaliśmy z usług dr Franika – lekarza naszej przychodni zakładowej, który wsławił się w grudniu 1981 roku ratując życie i zdrowie naszych kolegów z kopalni w czasie pamiętnych Wydarzeń na „Wujku”!

Bywało jednak, że pomoc dr Franika okazywała się niewystarczająca. Tak było również i w moim przypadku. Prawdopodobnie ze względu na ponad przeciętny wzrost zmagałem się z dotkliwym bólem pleców w okolicy kręgosłupa lędźwiowego. Pamiętam dokładnie mecz wyjazdowy, przed którym ówczesny Prezes zawiózł mnie swoim samochodem do naszej przychodni, by podano mi zastrzyk przeciwbólowy. Skutek był mizerny, a nawet odwrotny od zamierzonego. Ból pleców nie ustąpił, a teraz dodatkowo bardzo bolała część ciała poniżej pleców! Prezes zawiózł mnie na boisko, gdzie już czekali koledzy. Pomogli mi się przebrać i rozpoczął się mecz. Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie byłem tak sztywny. Wygraliśmy 2:0, zdobyłem obie bramki (w tym jedną z karnego), ale najbardziej pamiętam paniczny strach przed nadmierną radością kolegów. Nie pozwoliłem się dotknąć. Po meczu pomogli mi się przebrać, czyli zdjąć buty i getry.

autor: Paweł Wawoczny